KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI

(1905-53)

Konstanty Ildefons Gałczyński

 


Spis treści


KOMUNIŚCI Z ROTUNDY

 

Uczcie się, chłopcy, dziewczęta:

Sic ad pecuniam itur:

Już każdy z nich ma posadkę

i co dzień nowy garnitur.

 

Miłe to są stworzonka

Artyści proletariaccy,

kiedy do ust. Podnoszą

kremowe ciasteczka z tacy.

 

W redakcjach wielkich dzienników

piszą swe sprytne słówka,

a w domu Lenina portrecik

i "Międzynarodówka".

 

Co za ukłony wersalskie,

co za kunsztowny dialog!

kalemburze sieją socjalne

i jeden drugiego chwalą.

 

Zęby straszliwe i złote

pokazują zgniłemu światu -

niewymowne bo są cierpienia

naszego proletariatu!

 

Pod starość pełną dolarów

zostaną ministrami,

pić będą słodki kefir,

a żuć przestaną dynamit.

 

O, słońce, słońce sierpniowe,

o, wino słońca dostałe,

o, komuniści łagodni,

staruszki zdziecinniałe!

 

1928

Powrót do początku

POMNIK STUDENTA

 

W mieście *** (prawda w oczy kole)

pomnik studenta stoi na cokole,

 

ze spiżu pomnik i ze spiżu cokół,

ze spiżu także allegorie wokół:

 

Księgi, Pochodnie, Globusy i Sowy -

wszystko artysta w kształt zaklął spiżowy,

 

a potem zaklął potwornie. Punkt. Czyli

za pomnik widać mu nie dopłacili.

 

Lecz mniejsza o to. My pomnik pokażmy:

Więc na cokole stoi młodzian straszny

 

pod względem garderoby. Odzian letko,

agrafką spina przewiewne paletko,

 

a pod paletkiem, w miejscach dolno - tylnych,

nie rozwiązany ma problem tekstylny,

 

lecz się uśmiecha i ręce go swędzą,

jakby za chwilę miał dostać stypendium.

 

A napis taki na pomniku świeci:

TEN POMNIK NARÓD WZNIÓSŁ DLA SWOICH DZIECI

DROGICH STUDENTÓW, KTÓRZY Z RÓŻNYCH WZGLĘDÓW

NIE UKOŃCZYLI STUDIÓW. I ja się tu

wcale nie dziwię.

 

Bo żywy student to jest kłopot dziki.

A my, Polacy, my lubim pomniki.

 

1947

Powrót do początku

BALLADA O TRZĘSĄCYCH SIĘ PORTKACH

 

Posłuchajcie, o dziatki,

bardzo ślicznej balladki:

 

Był sobie pewien pan,

na twarzy kwaśny i wklęsły,

miał portek z piętnaście par

( a może i szesnaście)

i wszystkie mu się trzęsły;

 

włoży szare: jak w febrze;

włoży granatowe: też;

od ślubu: jeszcze lepsze!

Marengo: wzdłuż i wszerz.

 

Krótko mówiąc, w którekolwiek portki

kończyny dolne wtykał,

to trzęsły mu się one

jak nie przymierzając osika.

 

W ten sposób, przez trzęsienie,

pan żywot miał bardzo lichy,

bo wszędzie, gdzie wszedł, zdziwienie,

a potem śmichy i chichy.

 

W końcu babcia czy ciocia,

już nie pamiętam kto,

powiedziała do tego pana:

"Chłopcze, ty uschniesz, bo

 

nad portek sprawą przedziwną

wylałeś trzy morza łez,

a znowu nie jest tak zimno,

więc spróbuj chodzić bez.

 

Toć są materiały urocze.

Toć są, kochanie. Toć.

Ty kup sobie jakiś szlafroczek

i w tym szlafroczku chodź;

 

lub od razu na zadek

kup sobie spódnic troszkę,

a na wszelki wypadek

parasolkę. I broszkę;

 

też innych rzeczy mnóstwo,

kociackie ochędóstwo,

 

rzęsy z drutu, najlony -

i już będziesz urządzony,

a wąs sobie wyskub.

I tak wyglądasz jak biskup".

 

Kupił pan sobie szlafroczek,

chodził w szlafroczku roczek,

ale tylko w ciemności,

bo i szlafroczek trząsł mu się cości;

 

a portki schowane w kredensie

też nie zrzekły się tych trzęsień;

 

trzęsło się całe mieszkanko,

kanapy i futryny,

bo to był dom melancho

i bardzo cyko ryjny.

 

Tutaj się kończy ballada

o portkach się trzęsących,

z ballady morał gada,

morał następujący:

 

GDY WIEJE WIATR HISTORII,

LUDZIOM JAK PIĘKNYM PTAKOM

ROSNĄ SKRZYDŁA, NATOMIAST

TRZĘSĄ SIĘ PORTKI PĘTAKOM.

 

1953

Powrót do początku

ZACHŁYSNĄĆ SIĘ TOBĄ

 

Zachłysnąć się tobą,

jak wodą orzeźwiającą,

żeby było wesoło i młodo,

i trudno, i gorąco;

 

żeby dzień się na dniu układał,

jak czerwona cegła na cegle,

by ojczyzna była mi rada,

a ja w niej zakochany wściekle;

 

bo tu nie ma, bracia, sekretu,

żeby rosło, żeby się pięło,

trzeba przykład brać od poetów,

jak się kocha zaczęte dzieło;

 

jak się kończy w pocie i trudzie,

jak się lubi zgrzyty chropawe -

ja człowiek i wyście ludzie,

nuże razem w robotę i sławę!

 

Niech to będzie nasz marsz udręczony,

niech do gardła przyschnie nam język,

wydźwigniemy pod strop wygwieżdżony

nasze dzieło. I ono zwycięży.

 

Gdynia, 22 marca 1946

Powrót do początku

STRASZNY SEN ADNIRAŁOWEJ

 

Żona amerykańskiego admirała

straszny sen miała:

ni mniej, ni więcej tylko, że

w chustce z napisem MIR -

LA PAIX -

FRIEDE -

POKÓJ -

PAZ -

szła przez złocistą plażę w Miami

i wszyscy ją pokazywali palcami

raz po raz.

 

Z początku cisza była grobowa

i nagle ryk,

jakby wszystkim bankierom

wypruwano flaki:

admirałowa,

admirałowa,

admirałowa w czymś takim!

 

Szum się zrobił i hałas,

rejwach na całej Florydzie,

słuchajcie tylko: żona admirała

w zdradzieckiej chustce idzie;

skandal iście sromotny,

ta chustka nam ubliża,

to dobre dla robotnic

z Moskwy, z Warszawy, z Paryża!

 

Lecz żeby właśnie ona?

Czyżby nam wzrok się przyćmił?

Jak? W takiej chustce żona

gwiazdy admiralicji?

Zgroza, dajemy słowo.

Wojnę kocha nasz rząd.

Pod sąd admirałową!

Admirałową pod sąd!

Pokój to dziura w dolarze,

więc jakaż korzyść stąd?

I wszystkie ryknęły plaże

wielogłosowo:

admirałową,

admirałową,

admirałową pod sąd!

 

Tak się zakończył

pierwszy akt snu,

lecz w drugim i ostatnim

zrobiło się jeszcze gorzej,

bo w identycznych chustkach

na głowie

obwiesili stół

sędziowie

i prokuratorzy -

i wszędzie te same słowa,

o, straszny widoku!

jeszcze i jeszcze raz:

tylko migało: MIR -

FRIEDE - POKÓJ -

PACE - PEACE - PAZ.

Więc tu babina z całą siłą,

by przerwać koszmarny kram,

skoczyła z drapacza. I to jaj ulżyło.

I nam, paniusiu.

I nam.

 

1951

Powrót do początku

DZIKA RÓŻA

 

Za Dzikiej Róży zapachem idź

na zawsze upojony wśród dróg -

będzie cię wiódł jak czarodziejski flet

i będziesz szedł, i będziesz szedł,

aż zobaczysz furtkę i próg.

 

Dla Dzikiej Róży najcięższe znieś

i dla niej nawiewaj modre sny.

Jeszcze trochę. Jeszcze parę zbóż.

I te olchy. Widzisz. I już -

będzie: wieczór, gwiazdy i łzy.

 

O Dzikiej Róży droga śpiewa pieśń

i śmieje się, złoty znacząc ślad…

Dzika Różo! Świecisz przez mrok.

Dzika różo! Słyszysz mój krok?

Idę - twój zakochany wiatr.

 

Obóz Altengrabow, 1943

Powrót do początku

ŚMIERĆ POETY

 

Nie pomogły zastrzyki,

recenzje i pomniki

ni kwaśne mleko:

Przyszedł szarlatan - szuja,

opukał go, pobujał:

- Dementia praecox.

 

Toż radość była w domu,

nareszcie koniec sromu,

skończony kłopot!

Dozorca śmiał się setnie:

- Zaraz mu nitkę przetnie

panna Atropos.

 

Żona klaskała w dłonie:

- Ach, przecie nadszedł koniec

pijackich orgii.

Bólów miałam niemało,

nareszcie twoje ciało

wezmą do morgi.

 

Wszyscy stanęli kołem

z czołem bardzo wesołem:

Prasa, kuzyni;

i szacowne to grono

orzekło unisono:

- Dobrze tak świni!

 

Po co dziewki uwodził,

nocą domy nachodził,

sen rwąc dzieciątek;

i po co Pod Zegarem

lał w brzuch wino stare

świątek i piątek?

 

Zna go dobrze Warszawa:

Pożyczał - nie oddawał,

nasienie drańskie;

a "poetyczne dale"

to były te skandale

w Małej Ziemiańskiej.

 

Dobrze ci, stary draniu,

za grzechy nad otchłanią

inferna zwisasz.

Najprzód gwiazdy i róże,

potem stołek w cenzurze -

sprzedajny pisarz!

 

Tak to nadobne grono

radziło unisono

w śmiertelnej sali.

A że lico miał bladsze

orzekli: - Pewnie nadszedł

koniec kanalii.

 

Zapachniały zefiry,

brzękły potrójne liry,

pierzchnęła tłuszcza.

Serce alkoholowe

unieśli aniołowie

na złotych bluszczach.

 

1950

Powrót do początku

LEKCJA BOLSZEWICKA

 

Gdy cel człowieka przerasta,

to go przerasta i dzieło

i światłem przez pokolenia

dzieło świeci jak gwiazda.

 

Cel jest: komunizm i naród,

w pogodę i podczas burzy,

i wielki jest każdy człowiek,

co wielkiemu celowi służy.

 

Wielkie są siły przyrody,

lecz niezmierzone - człowieka.

I społeczeństwo, i morze

ludzkiej woli podlega.

 

Kto umie z siebie jak słońce

ziemi dać światłość wszystką,

ten właśnie jest bolszewikiem,

ten właśnie jest komunistą;

 

to są przyjazne ręce,

to odsiecz w najgorszej biedzie,

najwyższy rodzaj człowieka;

człowiek, co nie zawiedzie.

 

1952

Powrót do początku

WRÓCI WIOSNA, BARONOWO

 

Mówisz, że cię miłość mierzi,

zmierź mnie sobie, wołasz, zmierź!

Spójrz, powiadasz, to są piersi?

Kogóż natchnie taka pierś?

 

A ja twierdzę: - Baronowo,

wkrótce minie zima, a

z wiosną zaczną się na nowo

nasze słodkie TRULLA LA.

 

Znowu będę twój Don Diego,

znowu księżyc, znowu bzy,

jak u Pawła Żeraldiego

sitwa zmysłów: "Ja i TY".

 

I nie powie stary baron

więcej do mnie paszoł won,

nie wypchnie na bruk z gitarą,

bowiem w grobie leży on.

 

Czarna kryje go pydżama,

biedak gonił resztką sił,

tak jak stał, w salonie zamarzł,

bo otwarty lufcik był.

 

Zły baronie, dobrze tak ci!

Chciałeś naszą miłość zgnieść,

nasze słodkie koci-łapci,

że tak powiem, naszą płeć.

 

Na złość tobie wiosną Amor,

co sekrety różne zna,

ukołysze nas tak samo

w tym najsłodszym TRULLA LA.

*

Aktualnie jeszcze zima

(jakże nie lubimy zim!)

nasze zmysły w karbach trzyma

i rozkwitnąć nie da im;

 

ba, przez całą Europę,

zimno! Krzyczy dziad i wnuk.

I zawieszam się jak sopel

pod okapem twoich nóg.

 

Lecz się nie martw, baronowo,

już przemija zima zła,

rozpoczniemy ach! Na nowo

nasze słodkie TRULLA LA.

 

Dziś widziałem, to nie farsa

(Dosyć mamy takich fars!),

jak jamniczek mój zamarzał,

"ziuziu" krzyczał, łkał i marzł;

 

więc go wziąłem na rączyny,

owinąłem w ciepły puch.

O, jamniczku mój jedyny,

wycierpiałeś się za dwóch!

 

Na pierś moją marmurową

chodź, jamniczku, gdy ci źle.

A ty właśnie, baronowo,

swym jamniczkiem zowiesz mnie.

*

Czemu dni wesołe nie są,

czemu z oka płynie łza?

Cierpliwości , baronesso,

Jeszcze miesiąc, jeszcze dwa,

 

a powrócą nasze święta

(jak najbardziej pragnąłbym),

szał zmysłowy się rozpęta,

huknie harfa: rym cym cym,

 

i pochłonie przepych kanap

purpurowe serca dwa.

W górę uszy, ukochana,

TRULLA, TRULLA, TRULLA LA.

 

1947

Powrót do początku

ZIMA Z WYPISÓW SZKOLNYCH

 

Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów?

Dyć oczywiście pan wojewoda;

módl się, dziecino, z całą krainą -

niech Bóg mu siły doda;

śnieżku naprószył, śnieżek poruszył

dobry pan wojewoda.

 

A któż na szybach maluje kwiaty,

czy mróz, czy mróz, dziecino?

Nie, to rączuchną dla ciebie, żabuchno,

starosta ze starościną;

srebrzyste prążki, listki, gałązki

dla ciebie, dziwna dziecino.

 

A któż te śliczne zawiesił sople

za oknem u okapu?

Czy może także mróz niedobry

swą fantastyczną łapą?

Nie, moje złoto, to referenci,

podkierownicy, nadasystenci

nocą nie spali, hurra! wołali,

sople poprzyklejali.

 

Hej, tam w Warszawie jest pan minister

siwy i taki miły,

przez okno rzuca spojrzenia bystre,

bo chce , by dla ciebie były

zimą sopelki, śniegi i lody:

wszystkie zimowe wygody.

 

Jeżeli tedy sanki usłyszysz

i dzwonki ich tajemnicze,

wiedz: to minister w skupionej ciszy

nacisnął taki guziczek,

że sanki dzwonią i gwiazdki lśnią

nad miastem i nad wsią.

 

1936

Powrót do początku

PRZED MAUZOLEUM LENINA

 

Ten dzień widzę znowu i znowu -

ten dzień - nigdy nie zapomnę o nim:

Wiatr surowy i rześki dął

i śnieg leżał na Placu Czerwonym.

 

Pamiętam, że zachodziło słońce

nad Mauzoleum, po pięknym dniu.

Grzeszny człowiek, po latach błądzeń

wreszcie dotarłem tu.

 

Ileż by jeszcze trzeba trąb, żałobnych nut!

Bo, nie umarł, to cięgle boli -

ten, który centrum globu przesunął na wschód

ramieniem proletariackiej woli.

 

Przysięgam: Już nigdy nie będę słaby,

pióro w promień przemienię i niech się promieni.

Oto nowe stulecie. A tylko dwie sylaby:

LENIN.

 

1948

Powrót do początku

WYJĄTEK Z LISTU DO CÓRKI

 

…Słońce nad twą ojczyzną

robotnicze i chłopskie.

Uczysz się socjalizmu

w Związku Młodzieży Polskiej.

 

O ten czerwony krawat

ludzie walczyli ciężko.

Niejeden poległ za was.

Tobie łatwiej, córeczko.

 

Broniewski ciągle z nami,

lecz Szenwald zginął z lirą -

o Szenwaldzie czasami

pomyśl, kochana Kiro.

 

Dziś przy twoim piórniku

armia z mieczem i tarczą.

Słuchasz śpiewu górników,

którzy o węgiel walczą:

 

Żeby obiad w południe,

W zmierzch - lampka nad książeczką.

Dawniej bywało trudniej.

Tobie łatwiej, córeczko.

 

Gdy niebo od gwiazd błyska,

wiedz, że te gwiezdne błyski

to jest Hanka Sawicka,

to jest Janek Krasicki;

 

krwią zapłacili oni

za zwycięstwo człowieka:

by twój uśmiech jak dzwon dzwonił,

by twój śpiew się rozlegał.

 

W twym słonecznym pokoju

samo światło ze światłem.

Za słońce padli w boju

Buczek, Nowotko, Walter.

 

Spacerujesz po lekcjach.

Świeci słońce nad rzeczką.

Szczęśliwy z ciebie dzieciak.

Tobie łatwiej, córeczko.

 

W tym dzielnym kraju naszym

idziesz, zieleń w zieleni,

przez drogę, którą znaczył

przyjaciel ludzi pracy

Włodzimierz Iljicz Lenin.

 

1950

Powrót do początku